sobota, 20 lutego 2016

Bang bang

I was five and he was six...
Rosinante, nie płacz.
- Rosinante, chodź, znajdziemy sobie jakąś zabawę.
- Rosinante, uważaj.
- Rosinante, co Ci się stało?
- Rosinante, tylko pamiętaj, nie mów o tym nikomu. To nasza mała tajemnica.
-  Rosinante...
    Kilkuletni blondwłosy chłopiec w milczeniu słuchał starszego brata. Podążał za nim, bez żadnego słowa skargi, bez wahania, gotowy skoczyć za nim nawet w ogień. To właśnie przy nim zapoznał się z jedną z największych tajemnic, jakie nosiła Święta Ziemia w Mariejois. To dzięki niemu dowiedział się o skarbie, o którym wieść mogłaby wstrząsnąć całym światem. Światem, który pokornie musiał padać im do stóp, oddając cześć.
   Ich władza z pewnością przerastała pojęcia zwykłych ludzkich miernot, których traktowali bezlitośnie do granic możliwości, czyniąc sobie z nich niewolników, a wszelkie próby buntu rozwiązywał strzał z pistoletu bądź cios admirała, gotowego na każde skinięcie palca Niebiańsiego Smoka. Potomków legendarnych dwudziestu założycieli Światowego Rządu nie ograniczały żadne prawa. Oprócz jednego, które zaczynał zauważać swoim czteroletnim sposobem patrzenia na otoczenie. Nie mieli prawa do człowieczeństwa. 

We rode on horses made of sticks...

    Byli wolni. Tak mi się zdawało, gdy dzień w dzień gonił za o 4 lata starszym bratem, by nigdy nie zaznać smaku dotkliwej samotności. Choć bez przerwy otoczeni byli ciepłą miłością rodziców i pokornej służby, tylko przy nim nie czuł tego okropnego uczucia. Bezkarnie zaglądali we wszystkie, choćby i zakazane im, dzieciom, miejsca i odkrywając skrawek po skrawku prawdę o sobie; o tym, kim byli i co mogli.

He wore black and I wore white...

    Dorastali. Szybciej, niż by tego oczekiwali. Z biegiem czasu różnice między nim mi stały się jeszcze bardziej widoczne. Doflamingo wyrastał na chłopca o pewnym siebie, kpiącym uśmiechu i nawet jego rodzony brat nie potrafił zrozumieć tego żądnego spojrzenia zza bordowych przeciwsłonecznych okularów, z którymi nigdy się nie rozstawał.
- Braciszku?
    Rosinante nadal patrzył na świat oczami dziecka, które nade wszystko ceniło spokój. I obecność najbliższego mu członka rodziny, ukochanego brata.
- Patrz, Rosi - mówił Doflamingo, kładąc dłoń na jego leciutko zwichrzonej czuprynie - Patrz, jak wszyscy padają mam do stóp. To my, Rosi, to my jesteśmy największą potęgą świata.
    Najmłodszy chłopiec w rodzinie nerwowo ściskał róg białej koszuli, całym sercem wierząc w słuszność słów swego towarzysza.

He would always win the fight...

   Zawsze przegrywał. Wszystkie ich braterskie bitwy i przepychanki kończył sponiewierany i przytłoczony jego siłą. Nie zwracali uwagi na upomnienia, że to nie było godne zachowanie dla ludzi o ich statusie społecznym. Ale Rosinante wiedział, że jeśli chciał dotrzymać kroku Doflamingo, to za wszelką cenę powinien stać się silniejszy. Dlatego podnosił się, ocierał łzy i krew płynącą z zadrapań na ślicznej twarzyczce i z dziecięcym uporem próbował. Doffy nigdy nie mógł pojąć zachowania swego młodszego brata.

Bang bang, he shot me down...
Ojcze...
Ojcze...
Ojcze...
.... Coś Ty najlepszego narobił?
    Ich dzieciństwo zostało zburzone przez jedną decyzję Holminga Donquixote. Zstępując na ziemię między zwykłych ludzi, zaznali koszmaru, którego już nigdy nie byli w stanie zapomnieć.
     Ogień, ból, który odbierał mu zdolność logicznego myślenia, błagalne prośby ich ojca, płacz przerażonego Rosinante. Świst strzał, które tylko o milimetry mijały jego ciało. Krzyki zebranych okolicznych mieszkańców, którzy całą swą złość do Niebiańskich Smoków skierowali właśnie na nich, zupełnie bezbronnych i zagubionych w obecnej sytuacji.

Bang bang, I hit the ground...

     Przetrwał. Krzycząc z całych wątłych sił, że przeżyje i zemści się na nich wszystkich, przebudził w sobie moc wybrańców.
    Na nic nie wartym złomowisku spotkał ludzi, którzy zaoferowali mu pomoc, wystawiając go na próbę. Cała skumulowana nienawiść, żywienia do własnego ojca, pchnęła go do czynu ostatecznego. Ten, który sprowadził na nich całe to cierpienie, musiał ponieść najwyższą karę. Wierzył, że dzięki temu będą mogli wrócić do Ziemi Świętej Mariejois i wieść życie, które mieli, zanim posmakowali ziemskiego cierpienia.

Bang bang, that awful sound...

    W swoich dłoniach obracał pistolet od Trebola. Razem z Niciowym Owocem stanowił on symbol próby jego mężności.
    Nawet spłakany Rosi nie był w stanie go powstrzymać.
- Rosinante, Doflamingo - ich ojciec nie protestował, nie bronił się; na jego oblicze wpłynął smutny uśmiech - Wybaczcie, że trafił się Wam tak wyrodny ojciec.
    Uniesiona ręka Doffy'ego, trzymająca broń, przez moment zadrżała.

Bang bang, my baby shot me down...

Strzelił.

Seasons came and changed the time
When I grew up, I called him mine...

     Świat się zmienił nie do poznania. Wielka Era Piratów wywróciła wszystko do góry nogami. Na morze wypłynęli śmiałkowie, marzący o znalezieniu legendarnego One Piece. Oni też, kierowani swoimi celami i marzeniami, poddali się tym zmianom, kryje uczyniły z nich innych ludzi.
    Piekło, jakiego doświadczył Doflamingo wraz ze swoim ojcem i bratem wycisnęło na nim piętno tak głębokie, że dam już nie wiedział, czy jeszcze mógł nazwać się człowiekiem. Pragnienie zemsty i zniszczenia świata uczyniło go całkiem bezdomnym kimś na kształt potwora, bez skrupułów i zbytniego sentymentu. Dążył do tego wraz ze swoimi kompanami, których nazwał rodziną. Familią Donquixote. Niszczyli, kradli, handlowali Diabelskimi Owocami, co dawało im coraz wyższą pozycję wśród silnych przeciwników, tworzących Podziemie. Jego przerażająca przysięga mogła się ziścić; nikt i nic nie potrafiło zatrzymać fali, która powoli nabierała prędkości, a u brzegów Dressrosy miała przyjąć formę tsunami.
     Nieważne jak okrutnym zdawał się być, nie umiał wyzbyć się ludzkich odruchów. Ani pragnień, które szalały w nim, rzucając raz po raz w złą stronę. Jego gorące uczucia zderzyły się z chłodem, jaki przyniósł że sobą wysoki blondyn. Przytłoczył go.
    Ogień spragnionego coraz silniejszych doznań serca w kontakcie z zimnem, przypominającym lodowaty wschodni wiatr nie osłabł, nie zgasł; wręcz przeciwnie - rozniecony wzbił się ku niebu i zaczął pochłaniać nowe miejsca, przekraczać granice, które nigdy nie powinny zostać przekroczone.
    Zadawał pytania, ale nigdy nie usłyszał odpowiedzi. Gdy otaczali ich oficerowie Familii, nieraz otrzymywał ją na kartce. Kiedy jednak zostawali sami, nie padały żadne wyjaśnienia. Nie potrzebował ich, nie dociekał. Spoglądał tylko mu w oczy; oczy, które kiedyś wpatrywały się w niego z wielkim podziwem i bezbrzeżną miłością. Ciągle mógł ją dostrzec, choć czuł się z nią nieco dziwnie.
    Ciepłymi palcami badał i muskał bladą skórę na twarzy blondyna, napawając się spokojem, jaki na niego spływał. Dotykał lekko roztartego makijażu i z premedytacją psuł go jeszcze bardziej, ale nie napotkał żadnego oporu.
- Rosi - szeptał mu do ucha - Już nie pamiętam, jak brzmi Twój głos - mówiąc to, uniósł jego podbródek, by ponownie spojrzeć mu w oczy - Gdzie byłeś przez ten czas? 
   Brak odpowiedzi. Przyjął go z charakterystycznym śmiechem. 
- Cieszę się, że wróciłeś.

Ja też się cieszę, braciszku.

He would always laugh and say
Remember when we used to play?'
    Gdyby ktoś spojrzał z boku na ich nocne konwersacje, mógłby pomyśleć, że Donquixote Doflamingo oszalał, rozmawiając sam ze sobą. Ale nikt nie słyszał tych rozmów. Cieszyli się ciszą.
- Pamiętasz, jak byliśmy szczęśliwi?
...
- Zawsze za mną goniłeś. Do tej pory nie mogę tego zrozumieć, bracie.
...
- Corazon... nie, Rosinante. Po co wróciłeś?
By zniszczyć Twe plany, braciszku.
   Obracał w palcach niemal pusty kieliszek. Kochany brat... Stał się potworem. Szedł na samobójczą misję, ale nie wahał się. Musiał go powstrzymać. Świat był już wystarczająco zły.
    Patrzył tylko na niego spod półprzymkniętych powiek. Czy dał się upić już przy pierwszej lepszej okazji? Nie żałował. Nie wiedział, czy postępuje dobrze, pozwalając sobie na powolny upadek tej nocy. Ale był pewien jednego. Podążał za nim. Tak, jak dawniej.


Bang bang, I shot you down...

    Zdradził go. Ukradł Op-Operacjowoc. Okłamywał przez tyle czasu.
- Dlaczego zmuszasz mnie, bym zabił kolejną bliską mi osobę?
   Tak bardzo go zawiódł. A to wszystko dla tego chorego dzieciaka, który wymknął im się z rąk.
Jak mógł?
    Mimo, że wyciągnął ku niemu pistolet, wiedział, że żadna kula nie zrani jego ciała.
- Nie strzelisz. Jesteś zbyt podobny do ojca.

Bang bang, you hit the ground....

    Choć sam widok poturbowanego Corazona godził w jego serce, to miał świadomość, że jest za późno. Znów musiał to zrobić. Skierował ku niemu własną broń. Nie chciał. Nie w niego. Nie w jego ukochanego młodszego braciszka, który znów popełnił mnóstwo błędów.

Bang bang, that awful sound...

    Zamknął oczy i pociągnął za spust. Rosinante opadł na skrzynie pełne skarbów. Huk wystrzału odbijał się echem w ich głowach. Jak ostatnia, śmiertelna kołysanka. Nie mógł przeżyć będąc tak rannym. Tylko przez chwilę patrzył, jak z ciała Corazona wraz z krwią ucieka jego życie, po czym odszedł.

Bang bang, I used to shoot you down.

    Nie miał wyboru.
    Jego serce niemal wyrwało się z piersi, gdy dumnie krocząc na czele swej Rodziny rozpamiętywał to, co przed momentem się wydarzyło.
    Dlaczego to zrobiłeś? Dlaczego nie pozostawiłeś mi innej możliwości niż zabicie Ciebie, najdroższej mi osoby?
    Rosinante. Rosinante. Rosinante...
    Zacisnął ze wściekłością dłonie w pięści. Nie mógł cofnąć czasu. Wśród huku wystrzałów z dział zdawało mu się, że słyszy rozpaczliwy krzyk tego, którego Corazon ochronił za cenę życia. A to mogło oznaczać tylko jedno.
    Prychnął, rozzłoszczony swą niespodziewaną sentymentalnością. Musieli uciekać z wyspy, by nie dać złapać się Marynarce. Chciał się uparcie trzymać tej myśli. Byleby tylko przetrwać. Iść dalej. Tamtego dnia, zostawił na wyspie Minion swoją resztkę człowieczeństwa. A prószący lekko śnieg z wolna przykrył krew, tak jakby nigdy, nic się nie stało.

   Now he's gone, I don't know why
And 'till this day sometimes I cry...

    Nie był człowiekiem. Od tamtego dnia już nawet na chwilę nie okazywał słabości. Szturmem zdobył ojczyznę swych przodków i uczynił się jej królem. Przemienił biedny, lecz spokojny kraj w bogatą krainę namiętności i miłości z jego ukrytą, ciemną stroną, o której nikt nie miał prawa się dowiedzieć. Dressrosa stała się odwzorowaniem tożsamości swego władcy. Za dnia piękna, nocą przybierała koszmarne formy, ukazując swoje prawdziwe oblicze. Jego kopalnia złota.        Niewiele brakowało, a ten dzieciak pokrzyżowałby jego plany. Na próżno. Zdobył to, czego pragnął.
    Tylko nocami, okryty błogosławioną ciszą i samotnością pozwalał sobie na powrót do przeszłości. Choć mijały lata, nie potrafił zapomnieć jego głosu i okrutnego dźwięku strzałów. Te wspomnienia najczęściej wracały, gdy bezsenność nie dawała mu zasnąć. Wtedy, niespodziewanie, usypiały go powoli, jak najlepsza kołysanka z dzieciństwa. Nie wiedział, dlaczego.
   Zanim zupełnie oddawał się w objęcia Morfeusza, powraca łatwo myślami do chwil, w których byli szczęśliwi. On i jego braciszek. Czy żałował swojego czynu? Nie. Nie mogł mu wybaczyć tak haniebnej zdrady.
   Więc co czuł po tym całym czasie?

He didn't even say goodbye,
He didn't take the time to lie.

    Zawsze, gdy odchodził na kolejną misję, mijali się bez słowa, bez żadnego gestu czy nakazu. Niczego sobie nie obiecywali. Szli przed siebie, lecz w zupełnie innych, choć jednakowo zgubnych kierunkach. Czasami jedno skinięcie głową zastępowało mnóstwo obietnic czy rozkazów. I niemą prośbę.
Wróć.
     Nawet tamtego ostatniego razu nie pożegnał go. Nie powiedział mu 'do zobaczenia'. Nie marnował czasu na kłamstwa.
    Doflamingo w ciszy popijał drogie wino. Komnata tonęła w mroku, jedynie przez otwarte okno wpadała słaba poświata Księżyca. Chłodny wiatr szarpał zasłonami, tworząc niewielki, na swój sposób przyjemny hałas. Lubił ten nastrój. Cichy, tajemniczy i boleśnie tęskny. Przenikał go na skroś i zadawał ból.
    Wstał i chwiejnie zbliżył się do okna. Na zewnątrz było jeszcze zimniej, ale nie przeszkadzało mu to. Usiadł na parapecie i zmęczonym spojrzeniem zlustrował w panoramę rozciągającą się na uśpione miasto. Jego miasto. Jego kraj. To wszystko należało do niego.
    Zaśmiał się charakterystycznie i odstawił na bok kieliszek. Likwidując wrogów i osiągając po kolei zamierzone cele mógł zyskać złudne wrażenie wolności. Nikt nie śmiał rzucać mu wyzwania. Ale czuł, że z prawdziwej wolności został okradziony, gdy wychował się bez prawa do bycia człowiekiem.
    Utkwił wzrok w odległej linii horyzontu.
- Ile to już lat, Rosi?
Jak co roku zastanawiał się, czy na tamtej wyspie, tak jak wtedy, właśnie pada śnieg.
_______________________________________________________
To jest - jak na mnie - przerażająco długie. Wybaczcie tą rozjechaną czcionkę, postaram się coś z nią zrobić później. Enjoy! :)

poniedziałek, 25 stycznia 2016

Leki

        W powietrzu unosił się słodki, lekko drapiący w gardle zapach. Właściciel laboratorium zaśmiał się głośno, zadowolony z efektów swych eksperymentów. Był coraz bliżej uzyskania upragnionego efektu; tylko niewielkie poprawki dzieliły go od otrzymania wymarzonego specyfiku. Po tylu latach trudnych starań jego marzenia miały szansę się spełnić.
        Obsesja zmieniła go w pustą, bezuczuciową maszynkę do tworzenia coraz groźniejszych substancji.
- Hej, zobacz, już tak niewiele brakuje. Możesz być ze mnie dumna.
       Jego słaby uśmiech zaraz zmienił się w zwyczajowy grymas. Nostalgia, która owionęła go subtelnie, rozpłynęła się jak mgła na wietrze. Teraz z pewnością uratowałby jej życie. Teraz potrafiłby uczynić ją szczęśliwą.

Oh, nie możesz słyszeć że płaczę,
Zobaczyć, jak moje marzenia umierają,
W tym miejscu w którym stoisz,
Samotnie.
Jest tutaj tak cicho,
I jest mi tak zimno,
Ten dom dłużej nie pozostanie moim domem.
  
       W przypływie furii strącił z metalowego blatu szklaną probówkę, która z głuchym dźwiękiem roztrzaskała się o podłogę. Rozkoszował się przez moment tym łoskotem, dopóki w pomieszczeniu nie zapanowała cisza. Cóż to? On, zły, nieznający krzty człowieczeństwa, zaczynał się czegoś obawiać? Uciekał przed samym sobą, chowając resztki ludzkich odruchów głęboko w swoim sercu. Tak, by już nic nie czuć. By nigdy nie musieć na nowo podnosić się z upadku. Już nigdy.
       Zacisnął dłonie w pięści. Dobrze wiedział, że czegokolwiek by nie zrobił, i tak to wspomnienie będzie go ścigać, wszędzie, aż po sam kraniec piekła.
Najtrudniej jest wybaczyć samemu sobie.
       Schylił się po ostre odłamki. Nigdy tego nie robił, cały bałagan sprzątali jego podwładni, tak ślepo wierzący w dobre intencje swego pana. Ale teraz nie był sobą. Zupełnie jakby tracił panowanie nad sobą i wykreowaną, lodowatą wersję siebie.
      Choć w laboratorium panowała przejmująca cisza, zdawało mu się, że słyszy szept - słaby, przypominający złudzenie. Może faktycznie nim był. Ale wciąż doskonale rozróżniał wypowiadane słowa i znów musiał przyznać, że nie poradził sobie z własną przeszłością.

       Caesar. Caesar.
      Jej miękki, łagodny głos przenikał go na wskroś i całą swą delikatnością czynił w nim ogromne spustoszenia; jak huragan, który porywał resztki jego siły i zdrowego rozsądku. Kochał sposób, w jaki wymawiała jego imię, ale nienawidził siebie.
Za swoją bezsilność.
    Mieszając w naczyniu kolejną porcję nowego leku, raz po raz spoglądał na siedzącą przy stole dziewczynę. Nieustannie poprawiała wymykające się zza ucha kosmyki falowanych włosów, które bezczelnie przeszkadzały jej w czytaniu gazety. Wodziła wzrokiem po gęsto zapisanych kartkach i wzdychała raz po raz, marząc o dalekich podróżach, nieraz opisywanych w obszernych artykułach.
- Caesar.
      Ton jej wypowiedzi nieco się zmienił i naukowiec już wiedział, że to nie zwiastuje niczego dobrego. Odłożył pojemnik na bok i powoli zbliżył się do niej, spoglądając to na nią, to na leżącą na stole prasę.
     Kiedy pochylił się nieznacznie nad nią, miała wreszcie pewność, że uważnie ją wysłucha, dlatego odważyła się kontynuować swoją wypowiedź.
- Chciałabym jeszcze zobaczyć morze.
     Zesztywniał, słysząc jej prośbę. Mimo tego, że powtarzała ją dosyć często, to niewiarygodny smutek, jaki brzmiał w jej głosie, poważnie go zaniepokoił.
    Podniosła się z krzesła i niepewnie chwyciła jego dłonie. Uśmiechnąwszy się słabo, popatrzyła mu w oczy, już bez żadnego strachu.
- Zostaw to – wskazała na poustawiane na blacie fiolki z różnymi specyfikami. - To nie jest takie ważne. Pójdź ze mną na plażę.
- Poczekaj, już wiem, co zrobić, by to zaczęło przynosić efekty, zobaczysz, że... - nie dokończył. Przyłożyła mu palec do ust i pokręciła leciutko głową.
- Caesar – wyszeptała – Proszę... Bądź ze mną. Już czas.

     Choć wykorzystali ich czas najlepiej, jak tylko było to możliwe, niespełniona obietnica ciążyła na nim przez całą dekadę. Zrobił wszystko, by zrealizować swój najważniejszy cel. Teraz był już od niego o krok.
    O dziesięć lat za późno.

    Wybacz mi.


poniedziałek, 4 stycznia 2016

epilog: przyrzekam, że żyłam

         Cisza, która na moment zapanowała w przestronnym pomieszczeniu zdawał się odbijać echem w ich głowach. Dopiero gdy przerwało ją ciche kwilenie, dotarło do nich, co tak naprawdę się stało. To, czego tak niecierpliwie oczekiwali.
          Blady uśmiech nie schodził z jej twarzyczki, odkąd tylko przytuliła do siebie pierwszy raz swoje upragnione maleństwo. Łzy radości spływały po jej policzkach i bezgłośnie wsiąkały w materiał jasnej koszuli nocnej. Z największą czułością i niedowierzaniem dotykała maleńkich, zaciśniętych piąstek, tak delikatnych, że bała się, by nie zrobić mu krzywdy.
         Otarła niedbale policzki, choć wiedziała, że za chwilę powrócą do swego pierwotnego stanu.
- To moje dziecko – wyszeptała, leciutko kołysząc spłakanego chłopca – To dziecko moje... I jego... To cud...
          Niemal dławiła się łzami, które nie przestawały znaczyć cieniutkich, przezroczystych śladów na jej twarzy. Ucałowała go w czoło i obdarzyła pełnym miłości spojrzeniem.
A więc nadszedł ten dzień. Nareszcie.
Jego imię... to... Edward...
        Portgas D. Edward – dokończyli w myślach razem z Garpem.
        Gol D. Edward.
       Starszy mężczyzna, stojący nieopodal, nie mógł się nie uśmiechnąć słysząc imię, które wybrała dla swego syna.
- Bądź dumny, Edd – szeptała, głaszcząc maleństwo po główce – Bądź dumny ze swojego taty. Bądź zawsze dumny z tego, kim jesteś.
      Płakali oboje. Ona, bezgranicznie szczęśliwa, i ich dziecko.
- I wybacz mi, że nie będę dobrą matką... Kocham Cię, Edd. Kocham Cię.
     Ucałowała go po raz kolejny i przymknęła oczy.
     Bladoróżowy kwiat bezgłośnie opadł na podłogę, choć w głowie wiceadmirała Garpa odbijało się to tysiąckrotnym echem. Z niedowierzaniem rzucił się w stronę łóżka. Przerażenie zdławiło go w gardle. Nie zdołał jednak wydobyć z siebie głosu.
     Drobna, kruchutka dłoń dziewczyny bezwładnie osunęła się na brzeg łoża.
     W otaczającym go rozpaczliwym szaleństwie jednego mógł być pewien, kiedy spoglądał na jej uśmiechniętą, pobladłą twarzyczkę.

     Była naprawdę szczęśliwa.
_______________________________________________________
Wreszcie koniec! Przyznam szczerze, po napisaniu epilogu przez dłuższy czas nie mogłam zebrać się do czegoś innego. Myślę, że historia Moulin będzie miała dla mnie szczególne znaczenie, jako opowiadanie. A Wam jak się podobało?
Do następnego!

sobota, 26 grudnia 2015

rozdział czwarty; wspomnienia

     Czas uciekał. Dzień za dniem, coraz szybciej, aż nie mogła się temu nadziwić. Wydawało jej się, że cały świat ruszył dalej, a tylko ona została w miejscu.
     Choć starała się czerpać jak najwięcej z każdej chwili, to coraz częściej brakowało jej sił. W obawie o zdrowie dziecka musiała zrezygnować z tak aktywnego spędzania dnia, choć przychodziło jej to z bólem serca. Pokochała te dzieciaki, które jak do tej pory były dla niej promykiem nadziei na wzburzonym morzu życia.
      Kiedy myślała o nich, siedząc w bujanym fotelu i głaszcząc brzuch, nie umiała się nie uśmiechnąć. Już niedługo i ona będzie mogła wytulić swój największy skarb. Swój jedyny powód do życia. Ostatnią cząstkę niego.
- Ace... - szepnęła – Jakie mam wybrać imię?
     Gdyby nie fakt, że znajdowała się w Głównej Kwaterze Marynarki, to ich synek z pewnością otrzymałby imię po ojcu. Jednakże, będąc świadomą zagrożenia, jakie sprowadziłoby to na jej dziecko, nie chciała ryzykować.
     Wiatr poruszył zasłonami. Podniosła się z trudem i podeszła do okna. Wieczór zapowiadał się wyjątkowo pięknie; na z lekka różowiejącym niebie snuły się pierzaste chmurki, przypominające ledwie widoczny welon.
- Dziś mija osiem miesięcy.. A jakby minęła cała wieczność od chwili, gdy widziałam Cię po raz ostatni...

    Duszne powietrze wypełniało przestronny pokój, w którym przebywała jasnowłosa dziewczyna. Pogrążona w płytkim śnie osłabiona przez uciążliwe przeziębienie, leżała okryta jedynie cieniutkim kocem. Do pomieszczenia wszedł mężczyzna i uklęknął tuż przy łóżku. Z czułością gładził jej zaróżowione przez gorączkę policzki, aż w końcu pocałował lekko w czubek nosa. Wiedział, że ją obudzi, ale był pewien, że jego ukochana nie będzie miała mu tego za złe.
Cała jej nieporadność zaraz po przebudzeniu wydawała mu się być najsłodszym widokiem, jaki mógł obserwować.
- Ne, Moulin, wstawaj – wyszeptał – Zabieram Cię gdzieś.
    Dziewczyna potarła oczy i powoli podniosła się z łóżka, ale zachwiała się i wpadła wprost w ramiona czarnowłosego. Widząc, jak słaba jest, zaczął wahać się, czy to, co chciał zrobić, było dobrym pomysłem.
- Ace, już dobrze, możesz mnie puścić.
    Rozluźnił uścisk, a ona uśmiechnęła się delikatnie.
- Gdzie zaprowadzisz mnie tym razem?
- Zobaczysz – mruknął tajemniczo. Kiedy wychodził, zatrzymał się w pół kroku i odwrócił - Załóż jakąś jasną sukienkę.
   Zdziwił ją niezmiernie tą prośbą, ale wiedziona pełnym zaufaniem do niego, wypełniła jego prośbę.
- Ace, powiedz...
- Ciii – przyłożył palec do ust – Musimy wymknąć się niepostrzeżenie, rozumiesz?
    To zadanie okazało się być trudniejsze, niż im się wydawało, gdy stanęli u szczytu schodów.
- A tylko spróbuj je uszkodzić, to Ci nie daruję – syknęła, obserwując jego zdolności, wynikające z bycia władającym mocą owocu typu Logia. Sama miała o wiele trudniejsze zadanie. Każde skrzypnięcie mroziło im krew w żyłach (tak jakby człowiekowi – ogniowi mogła zamarznąć krew, Yohohoho). Jednak udało jej się zejść na dół niemal bezszelestnie.

    Spacerowali ulicami miasta tak jak za pierwszym razem, gdy się spotkali. Powoli, bez celu, rozglądając się wokoło i chłonąc tak ulotną atmosferę zabawy, unoszącą się w powietrzu. Czas uciekał szybko, o wiele zbyt szybko.
    Zasłonił jej oczy i prowadził przez kręte uliczki tak, by straciła orientację. Kiedy jednak dotarli na miejsce, zdjął opaskę, a jasnowłosa ujrzała prawdopodobnie ostatni widok, który spodziewała się zobaczyć.
    Nad samym brzegiem klifu stał nieco poruszony ksiądz, dzierżąc w dłoniach nieco pomiętą stułę i Pismo Święte. W ogromnym szoku, niemal niezdolna do postawienia następnego kroku, lustrowała przerażonym wzrokiem to wielebnego, to przyszłego małżonka.
Czy tego chciała?
    Ogrom miłości, którego doświadczyła zdawał się utwierdzać ją w przekonaniu, że warto; jednak wątpliwości niepokojące jej nastoletnie serce nie pozwalały jednoznacznie i ostatecznie podjąć decyzji. Przecież mieli całe życie przed sobą...
    Ale nigdy nie mogła być pewna, kiedy znów go zobaczy. Czy będzie jeszcze kiedykolwiek taka okazja, by poprzysiąc mu wieczną miłość przed Bogiem...?
   Potrząsnęła leciutko głową, jakby chcąc uwolnić się od tych wątpliwości. Kiedy podniosła wzrok, na twarzach obu mężczyzn malowało się powątpiewanie, ale ona tylko uśmiechnęła się i chwyciła wyciągniętą w jej stronę dłoń ukochanego.
    Przemierzył tysiące mil morskich, ale zupełnie nieplanowanie zostawił swoje serce na jednej z malutkich wysepek. I kiedy kapłan z błogim uśmiechem wypowiedział słowa ' Od teraz jesteście mężem i żoną' zrozumiał, że to była najbardziej niezamierzona i najlepsza decyzja jego życia.
    Chwilę później, ukłoniwszy się i gorąco podziękowawszy księdzu, trzymając się za ręce, pobiegli w stronę miasta, gdzie odbywała się najhuczniejsza zabawa tamtego lata.
   To była ich noc.

    Wcześnie rano, gdy słońce ledwie wyłoniło się zza odległej linii horyzontu, opuścił bezszelestnie jej pokój. Wcześniej, na pożegnanie, ucałował ją w czoło i przykrył kocem.
    Szedł spokojnym krokiem, bez chwili zawahania. Zadanie, które tak bardzo chciał wypełnić, nadal figurowało na szczycie jego celów do zrealizowania. Nawet ona nie umiała wygrać z tym postanowieniem. Nawet ona nie mogła wygrać z jego pierwszą miłością. Z bezkresnym morzem.
    Gdy dotarł już do portu i pochylił się nad swoją łódką, usłyszał za sobą ciche kroki. Nie spodziewał się, że przyjdzie; nigdy nie przychodziła. Stała w bezpiecznej odległości, ze spuszczoną głową, potulna jak baranek. Choć obiecywał sobie, że nie odwróci się i nie cofnie, to jego silna wola została złamana, kiedy tylko usłyszał, jak zakwiliła, próbując nie płakać. Powoli podszedł do niej i wyciągając przed siebie ramiona, przygarnął do siebie.
Musisz żyć, Moulin – wyszeptał, zdeterminowany do granic możliwości – Musisz żyć, za wszelką cenę. Pamiętaj, Moulin. Musisz żyć.
    Przełknęła wszystkie słone łzy i pokiwała głową na znak, że rozumie. Choć taka wizja niewyobrażalnie ją przerażała, to jak zawsze pragnęła spełnić jego życzenie.
Wróć, Ace – poprosiła cicho, nie podnosząc nawet wzroku.
- Jeszcze kiedyś się spotkamy – powiedział i wypuściwszy ją z objęć, odszedł.
   Przez następne dni, codziennie rano, o świcie przychodziła w tamto miejsce i modliła się, by pewnego dnia szczęśliwie zawitał do jej domu.

    Odetchnęła ciężko. To było jej ulubione wspomnienie. Najświeższe. Mimo upływu tygodni, nadal czuła ciepło jego ramion i delikatny dotyk warg na czole. On żył. W jej sercu, on ciągle żył.
    Uśmiechnęła się, czując ruchy maleństwa. Jego ostatnia żyjąca cząstka. Najcenniejszy skarb na świecie. Musiała go ochronić, za wszelką cenę. Nawet za cenę życia.

Zwariowałaś? Po co chcesz z nami płynąć?
    Zacisnęła mocniej palce na swojej zniszczonej torbie.
- Chcę zobaczyć kawałeczek świata. Chcę...Chcę... - mówiła coraz ciszej, łykając łzy – Chcę go osobiście pożegnać.
     Nie mieli godnego kontrargumentu.
    Tak oto zabrali ją ze sobą, na pokład badawczego statku. Wśród grupy naukowców znalazła przyjaciół. Kogoś, kto dał jej namiastkę bezpiecznego schronienia, z dala od domu. Aż do dnia, w którym zawitali do Marineford.

     Zagryzła wargę aż do krwi. Szkarłatna strużka zazmaczyła ślad na jej alabastrowej skórze i spadła na kamienną posadzkę. Bolało. Fale już dawno zabrały ze sobą wieniec, upleciony z cudem znalezionych na wyspie kwiatów, który rzuciła w morze; morze, które zabrało jej ukochanego i towarzyszy podróży.

    Zaraz inny ból przesłonił jej wzrok mgłą; nawet nie zdążyła krzyknąć, gdy zemdlona siłą nagłego skurczu upadła na podłogę.
__________________________________________________________
Po pierwsze, chcę Was z całego serduszka przeprosić za tą nieobecność. Próbne egzaminy, nauka, trochę brak weny no i przygotowania świąteczne sprawiły, że nie miałam kiedy dodać rozdziału.
A z okazji - kończących się już właściwie - Świąt Bożego Narodzenia chcę Wam życzyć zdrowia, miłości i uśmiechu na każdy dzień, byście miały dużo wolnego czasu na oglądanie, czytanie i pisanie oraz szczęśliwego, udanego Nowego Roku!

niedziela, 29 listopada 2015

trzeci; niesiona wola

       Tylko nocami czuła się bezpieczna i wolna. Kiedy większość marynarzy zasypiała, ona nabierała odwagi, by wstać i podejść do dużego okna. Rozciągająca się wokół panorama nie zachęcała do kontemplowania jej, nawet po zmroku, ale w tym powojennym pogorzelisku odnajdywała niezrozumiały spokój. W pewnym sensie zrealizowała część swojego planu, choć nie w taki sposób sobie to wyobrażała. Wszystko miało być inaczej.
        Pogładziła dłonią brzuch. Coraz bardziej wyczuwalne ruchy maleństwa, które nosiła pod sercem były dla niej najmocniejszym i najlepszym wspomnieniem ukochanego.
         Przezroczyste łzy przyozdobiły jej bladziutkie policzki nietrwałą siecią słonych śladów, niemal natychmiast osuszoną przez wpadającą przez otwarte okno morską bryzę. Tak bardzo tęskniła. Jedyne, czego potrzebowała, to silny uścisk jego ramion. Czuły dotyk. Ciepły ton głosu.
       Czy ucieszyłby się, widząc ją w takim stanie? Nie mógł o tym wiedzieć; umierał bez świadomości, że jego linia krwi przetrwała. Może to lepiej?
Skrzywiła się, czując bolesny skurcz. Nadal gładziła brzuch dłonią, próbując się uspokoić.
- Jeszcze nie. Jeszcze nie.. Jeszcze za wcześnie – wyszeptała. Słaby uśmiech wkradł się na jej usta.           To była jej jedyna siła i powód do życia. Popchnęła drzwi balkonowe i powoli wyszła na niewielki taras. Chłodny wiatr targał jej suknią i jasnymi włosami, ale przyjmowała to z wdzięcznością.
       Nie wszystko toczyło się tak, jak tego oczekiwała. Ale powoli wstawała z kolan i mimo czyhającego wokół niebezpieczeństwa, nie bała się podnieść głowy.
       Pokochała morze. W końcu to ono dało jej największą miłość życia, pozwoliło uwierzyć w spełnienie marzeń. Ono je też zniszczyło. Ale nie mogła mieć żalu.
- Bardzo mi ją przypominasz.
     Drgnęła niespokojnie, zaskoczona czyjąś obecnością. Odwróciła się ze strachem. W mroku nocy nie potrafiła rozpoznać twarzy tej osoby. Cofnęła się, aż poczuła za plecami balustradę. Zacisnęła bezradnie dłonie w pięści, wiedziała, że jest całkowicie zdana na łaskę niespodziewanego gościa.
     Dopiero, gdy podszedł bliżej, strach ustąpił miejsca zdziwieniu.
- Wi-wiceadmirał Garp? Co pan tu robi?
       Mężczyzna roześmiał się cicho.
- Wybacz, że Cię wystraszyłem. Powinnaś się położyć – powiedział, zbliżając się do niej. Gdyby nie refleks bohatera Marynarki, upadłaby. Wsparta o niego, zdołała wrócić na swoje łóżko.
- Ty jesteś Moulin, prawda? - zapytał, a gdy skinęła głową, kontynuował – Jesteś taka sama, jak ona. Cicha, potulna, spokojna..
-O kim pan mówi? - przerwała mu nerwowo czując, jak oblewa ją zimny pot.
- O Tobie. I pewnej kobiecie, którą poznałem 20 lat temu.
Otworzyła szeroko oczy. Panika ponownie ogarnęła ją całą; chciała uciekać, choć nie miała dokąd.
- Mówię o tej, której wolę niesiesz – uśmiechnął się słabo, niemal niezauważalnie – Była do Ciebie bardzo podobna, dziecino.
      Dotknął jej dłoni. W jego spojrzeniu nie doszukała się złych zamiarów, ale czegoś zupełnie przeciwnego.
- Jestem tu po to, by Cię ochronić.

     Nie zdążył nawet zacząć swojej opowieści; Moulin zasnęła, skulona, dziecięcym gestem trzymając jego dłoń. Przypominała mu niewinne, poranione przez życiowe sztory dziecko, postawione przed trudną rzeczywistością. Jedynie we śnie mogła być szczęśliwa i wolna od nieustającego strachu.
     Nie chciał iść spać. Wolał zostać tam i pilnować, by ona w spokoju nabierała sił. Wiedział, że spotkanie z Sakazukim prędzej czy później musiało dojść do skutku i choć pragnął jej tego oszczędzić, to nawet jego możliwości były ograniczone.
- Jesteś cudem.
Niemal bezszelestnie opuścił pokój, tylko nieznacznie uspokojony.
Niby tak bardzo odmienne, a tak podobne.
Obie wiedzione miłością, która pozwalała przeżyć za wszelką cenę.

      Dzień mijał za dniem, niemalże identycznie. Wyzdrowiała; jej śmiech niósł się po Kwaterze i już nikt nie dziwił się jej obecności. Wolała przebywać ze zwykłymi marynarzami niż z tymi wysokimi rangą, choć nie raz dostawała od nich zaproszenia. Kiedy poczuła się silniejsza, by opuścić budynek, rankami lub popołudniami wymykała się do zniszczonego miasteczka, gdzie spotykała się z rodzinami Marines. Choć na początku traktowali ją bardziej jak przybłędę, to swoją prostolinijnością i szczerym uśmiechem zjednywała sobie nawet tych najbardziej opornych. Aż zbyt dobrze rozumiała rozpacz tych, którym Wielka Wojna zburzyła świat. Starała się pomagać lub wspierać dobrym słowem, a najczęściej bawiła się z nieświadomymi ogromu zniszczeń i cierpienia dziećmi.  Przynajmniej w ten sposób mogła ubarwić ich smutny czas i jednocześnie odciągnąć się od zbędnego myślenia.
     Ciepłe, bezchmurne wieczory nieraz dawały im poczucie zupełnej beztroski. Nieraz miała wrażenie, że znów jest roześmianą czternastoletnią dziewczynką, która spędzała letnie popołudnia na obserwowaniu linii horyzontu na jej ukochanym Wschodnim Morzu i snuciu marzeń o dalekich podróżach.

- Mulan, Mulan, zostań z nami na noc!
     Roześmiała się. Jak zwykle przekręcali jej imię, ale nie była o to zła. Nawet polubiła to, jak ją nazywali. Schyliła się i wzięła na ręce ciemnowłosą dziewczynkę, która już od dłuższego czasu wyciągała ku niej rączki.
- Nie mogę – powiedziała, kołysząc ją – Muszę już wracać. Ale odwiedzę Was – zapewniła ich i pocałowawszy dziewczynkę w czoła, postawiła ją na ziemi.
     Ukłoniła się i powolnym krokiem skierowała się ku Kwaterze. Mimo tego, że powinna być zdecydowanie ostrożniejsza, wybierała odkrytą niedawno drogę na skróty.
      Gdy weszła do pokoju, w którym mieszkała od kilku tygodni, bez większego zaskoczenia odkrywała, że Monkey D. Garp czeka na jej powrót. Podświadomie spodziewała się tego. Przywitała go grzecznym ukłonem i usiadła na brzegu łóżka.
- Obserwowałem Cię, kiedy byłaś z dziećmi – zaczął cicho. Moulin utkwiła w nim spokojny, skupiony wzrok, a tedy kontynuował – Przez dwadzieścia lat zastanawiałem się, czy znajdzie się ktoś, kto będzie w stanie nieść tak trudną i wymagającą ogromnego poświęcenia wolę... - mówił cicho, z nikłym uśmiechem na ustach, maksymalnie skoncentrowany na słowach, które wypowiadał – Może nawet przestałem wierzyć, że taki ktoś się znajdzie. I wtedy pojawiłaś się Ty. Poraniona, na skraju życia i śmierci, bezsilna. Mówią, że nic nie zdarza się dwa razy. Ale teraz wiem – Rouge ma godną następczynię.
- Rouge? - powtórzyła bezwiednie.
- Siłą woli sprzeciwiła się naturze i piętnaście miesięcy po egzekucji kochanka urodziła syna, przypłacając za to życiem – powiedział, zerkając na nią – Portgas D. Rouge była mamą Ace'a.
__________________________________________________________
Jak co niedzielę, nowy rozdział. Myślę, że powoli - a nawet szybciej - trzeba będzie rozwijać akcję. Dziękuję, że ze mną jesteście.
Do napisania!

niedziela, 22 listopada 2015

drugi: wola życia

     Jej poranione, pokryte wieloma bandażami ciało tonęło w bieli czystej, świeżo wykrochmalonej pościeli. Pogrążona we śnie, nawet wtedy umęczona przez niepokój i wysoką gorączkę, raz po raz zaciskała szczupłe palce na poszewce kołdry, szepcząc chaotycznie urywane zdania, których sensu nie mógł zrozumieć nikt.
     Organizm walczył ostatkiem sił, nawet leki podawane przez medyków nie mogły obniżyć temperatury. Kropla potu spłynęła z skroni i wsiąknęła w opatrunek na policzku.
Starsza kobieta podeszła do łóżka. Obdarzyła zatroskanym spojrzeniem dziewczynę, a widząc, jak rozpaczliwie chwyta się materiału, dotknęła jej ręki. Ku zaskoczeniu zebranych wokół łóżka kilku osób, powoli uspokajała się; trzymała się nieco pomarszczonej dłoni jak ostatniej deski ratunku.
- Tsuru-san...
Marynarze byli wyraźnie zaskoczeni pojawieniem się najwyższej stopniem kobiety w Marynarce. Uciszyła ich gestem.
- Nie budźcie jej – poprosiła cicho, obserwując spokojniejszą już twarzyczkę rannej – Widzicie te zaciśnięte palce? Czekały tylko na odrobinę czułości.
      Nieznaczny szmer komentarzy poniósł się po pomieszczeniu, ale zaraz zanikł. Pełne cierpienia błaganie o wodę dotarło do nich dopiero po kilku chwilach; było tak ciche i słabe, że nie wiedzieli, czy ta prośba naprawdę została wyszeptana, czy to tylko wyobraźnia pogrywała sobie z nimi. Obecna tam pielęgniarka zwilżyła spierzchnięte usta dziewczyny. Ta odetchnęła z ulgą i powoli uniosła powieki. Kiedy jednak zorientowała się, gdzie jest i w jakim otoczeniu przebywa, w jje oczach błysnęło przerażenie. Szarpnęła się, próbując unieść się na łokciach, ale opadła z powrotem na poduszkę. Zagryzła wargę, powstrzymując się od jęku bólu. Ciepła dłoń kobiety spoczęła na jej ramieniu. Przeniosła zdezorientowany wzrok na nią i znalazła w łagodnym uśmiechu odrobinę spokoju.
- Odpoczywaj. To jeszcze nie czas, by przyszło na świat.
      Przytaknęła na wpół świadomie i zamknęła oczy. Choć kilku marynarzy zadawało jej podstawowe pytania, nie odpowiedziała na żadne z nich, wciąż znyt wyczerpana, by mówić. Nawet nie próbowała wytłumaczyć kim jest ani dlaczego tam się znalazła. Chyba wolałaby w ogóle tego nie pamiętać. Chciałaby zacząć wszystko od początku, z nową, czystą kartą. Nie znać jego glosu, dotyku, nigdy nie zaznać ognistej miłości, która ją niemal spaliła, odcisnęła na duszy najukochańsze piętno; nie posmakować jego miękkich ust, nigdy nie pozwolić zaprowadzić się na brzeg klifu i przysięgać.
      Ale to były najlepsze chwile w jej niespełna dziewiętnastoletnim życiu. Chowała je głęboko w sercu, jak jedyny skarb.
     Dotknęła brzucha. Ono również żyło. Drobne łzy spłynęły po jej policzkach. Jeszcze miała dla kogo budzić się i każdego dnia na nowo toczyć walkę. Ulga dławiła ją w gardle, aż z trudem łapała powietrze.
     Skuliła się, choć ból odbierał jej oddech. W duchu błagała, by odeszli i zostawili ją samą, ale nie odważyła się wypowiedzieć na głos tej prośby.
- Wyjdźcie – słowa wiceadmirał delikatnie zmąciły ciszę, która zapanowała w pomieszczeniu – Wystarczy już jej cierpienia.
     Żołnierze z lekkim powątpiewaniem zmierzyli wzrokiem kobietę, ale posłusznie wykonali rozkaz.
Dziękuję.
- Tsuru odwróciła powoli głowę i lekko uśmiechnęła się. Usiadła na brzegu łóżka i ostrożnie uścisnęła obandażowaną dłoń dziewczyny.
- Co.. chciałaby pani...usłyszeć..?
Uścisk delikatnie zelżał.
- Jak się nazywasz... I co robiłaś w samym centrum takiej bitwy?
     Ranna odetchnęła głębiej. Czekała ją trudna opowieść. Co mogło zostać wypowiedziane, a co musiało pozostać tajemnicą? Każdy błąd prawdopodobnie kosztowałby ją życie.
- Mam na imię Moulin – powiedziała cicho, jakby i tego nie była pewna – Znalazłam się tu przez przypadek... Czy dużo osób wie o tym, że się tu znalazłam? I gdzie są moi towarzysze..?
    Zrezygnowane westchnięcie starszej pani spotęgowało w niej uczucie niepokoju. Pamiętała je jeszcze sprzed wybuchu niekontrolowanej bijatyki. Ten paniczny strach.
- Tak więc, Moulin...po ostatnich wydarzeniach na Marineford, wieści rozchodzą się bardzo szybko. Myślę, że dotarło to do samej góry.
Mimo okropnego bólu, dziewczyna podniosła się do pozycji siedzącej.
- Czyli?
- Admirał floty zapewne też już się o tym dowiedział.
    Kimkolwiek by on nie był, taka informacja wcale jej nie pomagała. Wolałaby pozostać niemal niezauważona, jednak tak się nie stało.
– Kim on jest?
- Po wojnie Sengoku został zastąpiony przez admirała Sakazukiego A wracając do Twoich nakama... Jesteś jedyną, która ocalała.
     Krzyk przerażenia wyrwał się z jej gardła.
Już nie było miejsca jak dom. Została odarta z resztek nadziei na jakąkolwiek szansę osiągnięcia wyznaczonego celu. Otrzymała kolejny, raniący duszę cios.
Nie potrafiła powstrzymać rozpaczliwego szlochu; płacząc krztusiła się własnym oddechem i łzami, które zdawały się nie kończyć.
- Chcę umrzeć, chcę umrzeć, chcę umrzeć..! Ale nie mogę, jeszcze nie.. Nie teraz.. Nie mogę...
Tsuru, choć starała się zachować obojętność, nie umiała już dłużej wytrzymać i objęła ją ramionami, tak jak matka tuli spłakane dziecko.
- Jesteś cudem – wyszeptała, przełykając własne łzy – Kiedy Cię tu przynieśli okazało się, że z Twoimi ranami nie powinnaś przeżyć następnego dnia.. Ani tym bardziej Twoje maleństwo.. Ale oboje żyjecie. To znak. Musisz walczyć.
Ale nawet te słowa nie były w stanie jej uspokoić. Ten ból mógł ukoić tylko czas.

Czas, który ciągle uciekał.
_____________________________________________________
Tak jak poprzednio, przepraszam za wszelkie nieścisłości. Niestety, nagięcie kilku faktów w tym opowiadaniu będzie konieczne.
Do następnego!

niedziela, 15 listopada 2015

pierwszy:witamy w nowej erze

- Mam prośbę.
- Jaką?
- Jest śliczna. I bardzo mądra... Czy mógłbyś...
- Jesteś taki sam, jak Twój ojciec.
     Ciężkie westchnięcie rozproszyło ciszę, która spowiła tonący w mroku pokój wiceadmirała. Choć wszyscy prawdopodobnie już spali, to on czuwał; bacznie obserwował roztaczający się przed Główną Kwaterą Marynarki Plac, jakby w obawie, że ktoś mógłby zmącić spokój panujący tamtej nocy. Jego obowiązkiem było strzec tego miejsca.
Jestem Marine! Mój obowiązek to ochrona Marineford!
     W imię zasad.
     W imię jego świętego obowiązku.
     W imię Absolutnej Sprawiedliwości.
     Nie spodziewał się, że potrzebowała ona przelania takiej ilości krwi. Teraz patrzył na podnoszące się z ruin Marineford i myślał, co mogłoby się stać, gdyby jego wnukowie posłuchali go kilkanaście lat temu. Pewnie byłoby inaczej. Być może teraz wiedliby spokojne życie na jedynej słusznej ścieżce. Z ich uporem i silną wolą mogliby już zdobyć tytuł kapitanów, a może nawet więcej, kto wie? Być może..
     Z każdą myślą pogrążał się w zawiłych wspomnieniach, nieco wyblakłych, zniekształconych, zdeformowanych przez czas. Zawsze chciał, by wyrośli na porządnych ludzi. W którym miejscu popełnił błąd? Czy oddanie ich pod opiekę Dadan tak źle na nich wpłynęło? Czy to piracka, niepokorna krew była przyczyną ich niebezpiecznych marzeń? Ilość pytań bez odpowiedzi nieustannie się powiększała.
Gdybyście tylko się mnie posłuchali..
     Czas nie wybaczał żadnych błędów.
     Zrozumiał to dopiero wtedy, gdy jeden z nich, w imię braterskiej miłości, poświęcił swoje życie.
Idioci – wyszeptał, chowając twarz w dłoniach – Dlaczego ze wszystkich ludzi na świecie, musiało trafić akurat na Was...?
     Było już za późno. I tylko nadal nie mógł pojąć, że od tamtego wydarzenia spędził już na tym rachunku sumienia niemal dziewięćdziesiąt nocy.
- Jak mam chronić ludzi całego świata, skoro nie udało mi się uratować swojego wnuka?
Czy kiedykolwiek dostanie rozgrzeszenie?

     Niepokój jak lepka nić owijał się wokół jej krtani i z każdym oddechem czuła, że ogarnia ją coraz silniejszy strach. Choć próbowała zająć się czymkolwiek, co mogłoby odciągnąć ją od galopujących, zmieszanych obłędem myśli, nie potrafiła się uspokoić.
Z tamtego wieczora pamiętała tylko panikę, ból i krew.

- Admirale Momonga..
    Niepewny głos jakiegoś żołnierza z jego oddziału wyrwał go z głębokiego zamyślenia, w którym pogrążył się lustrując zdewastowany niedawną walką plac.
Przeniósł chłodny wzrok na swego podwładnego.
- O co chodzi?
Zakłopotany chłopak podrapał się po głowie i westchnął, jakby niechętny do składania wyjaśnień.
- Znaleźliśmy kogoś żywego...
- Nie brać jeńców – lodowaty ton niedoszłego bohatera Marynarki zdawał się wykluczać wszelkie możliwe inne opcje. Jednak żołnierz nie zraził się kontynuował, naglony niespodziewanymi wyrzutami sumienia:
- Nie wygląda na kogoś związanego z piratami, prawdopodobnie to członek załogi badawczej, która po prostu znalazła się w pobliżu i została zaatakowana – mówił pewnie, nic nie robiąc sobie z karcącego wzroku Momongi – To kobieta. Błogosławiona.
     Dramatyczna przemowa zwykłego majtka jeszcze przez dłuższą chwilę dźwięczała zgromadzonym wokół w uszach. Wiceadmirał potrząsnął głową, nie mogąc zrozumieć, o co tak naprawdę chodzi.
- Błogosławiona?
- Proszę za mną, panie admirale.
Przemierzając krwawe pobojowisko, dotarli aż do jego krańca, brzegu zatoki. Na ocalałej, szerokiej desce, która prawdopodobnie służyła jako prowizoryczne nosze, leżała poraniona młoda dziewczyna.
Błogosławiona?
     Podszedł do niej bliżej i pochylił się nad nią. Na naznaczonej zadrapaniami bladej twarzyczce malował się wyraz wielkiego cierpienia.
Błogosławiona? Widocznie miał na myśli ' w stanie błogosławionym'.
    Ranna poruszyła ustami, ale z jej gardła nie wydobył się żaden inny dźwięk oprócz słabego charkotu. Zakrztusiła się własnym oddechem, a z zsiniałych ust wyciekła strużka krwi. Wiceadmirał widząc, w jak ciężkim stanie znajduje się dziewczyna zrozumiał, że musi szybko podjąć decyzję, inaczej będzie miał na sumieniu życie jej i nienarodzonego dziecka, które nosiła pod sercem.
- Zabierzcie ją do Kwatery.
    Żaden z mężczyzn nie drgnął, w osłupieniu wpatrując się w swego przywódcę.
- Przecież nie mamy pojęcia, kim ona jest i co tutaj robi, a poza tym – Kwatera to nie szpital!
     Przez moment panowała trudna do zniesienia cisza.
- Jeśli zostanie tu dłużej, to na pewno umrze! To są wyjątkowe okoliczności, a poza tym.. Jak Ty się zwracasz do bohatera Marynarki?!
      Około dziesięciu żołnierzy w bezbrzeżnym zdziwieniu obserwowało ostrą wymianę zdań między Momongą a kapitanem.
- Czy to, że Ci nie stanął na widok Cesarzowej Piratów czyni Cię bohaterem Marynarki?!
    Lekki uśmiech wkradł się na twarze stojących w pobliżu mężczyzn. Dowódca prychnął pogardliwie, nie mogac znaleźć dobrej riposty. Czyż nie ucierpiała jego wygórowana ambicja?
- Kilka minut i będziecie mieć na sumieniach dwa życia. Ktoś musi się zając jej ranami – oznajmił chłodno – Wykonać. Natychmiast.
     Dopiero wtedy dwóch chłopaków zdecydowało się pomóc jej. Zabrali ją w bezpieczne miejsce, by ktoś wykwalifikowany opatrzył jej rany.
     Zniszczony, bladoróżowy kwiat został w miejscu, gdzie wcześniej leżała.

     W Kwaterze zawrzało.
- Kim ten ktoś jest i co w ogóle tutaj robi?
    Równie rozzłoszczony, co zaskoczony Akainu nerwowo przechadzał się wzdłuż dużego pomieszczenia. Kradzież statku Marynarki i walka z piratami w tak krótkim czasie po wojnie z Białobrodym nadszarpnęła ich i tak nadwątlone siły i reputację. Pomoc komuś, kto mógł współpracować z bandytami przechodziła jego wyobrażenia.
- To ciężko ranna kobieta, zabraliśmy ją z miejsca walk, gdyż w innym przypadku niechybnie by umarła. Poza tym, z naszych ustaleń wynika, że.. jest to ciężarna kobieta.
    Admirał floty zatrzymał się i powoli odwrócił. Zmierzył wzrokiem przerażonego marynarza, składającego mu ten raport, aż w końcu westchnął ciężko i przetarł twarz dłońmi. Sytuacja, do której doszło, była trudniejsza, niż się spodziewał.
- Zajmijcie się nią. Potem zdecydujemy, co zrobić.
-Tak jest!
Żołnierz zasalutował i odszedł.
Sakazuki skrzyżował ręce na piersi i zasiadł za masywnym biurkiem, na którym leżało kilka nieprzejrzanych jeszcze oświadczeń i sprawozdań.
    Niejasne uczucie kiełkowało w nim, ale starał je w sobie zdusić, odrzucając wszelkie myśli o dziewczynie, którą lekarze właśnie próbowali uratować.
_______________________________________________________
Przepraszam za wszelkie nieścisłości i chaos, ale niestety, ten rozdział tego wymagał. 
No i oczywiście dziękuję za wszystkie miłe słowa, jesteście kochane.